Znowu problem z gazem?
No i temat gazu powraca do Polski jak bumerang. Umowy wygasają i trzeba renegocjować nowe, no i tutaj zaczynają się schody. Waldemar Pawlak, jako minister gospodarki, prowadził negocjacje i był krok o podpisania nowej umowy. Nagle zrezygnował, powodem jest rzekome nie porozumienie na linii MSZ, a dokładnie z Radosławem Sikorskim. Mianowice zarzucano Pawlakowi złamanie zasad tzw. dyrektywy gazowej. Chodzi mianowicie o to, że Rosja w nowej umie rości sobie prawo jako jedynego dostawcy gazu, co łamie zasady UE o wspólnym rynku gazu.
W wyniku tego, według Pawlaka, zrobiła się sprawa międzynarodowa i dlatego właśnie teraz, to szef resortu spraw zagranicznych powinien ją podpisywać. Czyli wszystko stanęło w martwym punkcie, a sam wicepremier ponagla MSZ, gdyż umowa w niedługim czasie wygasa i może zabraknąć w Polsce gazu. Chyba już wszyscy przywykli do ciągłych problemów z dostawą gazu, może nowo odkryty gaz łupkowy pomoże na zszarpane nerwy polaków.
Trudniejszy kredyt
Przepisy dotyczące przyznania kredytu hipotecznego zmieniają się z roku na rok. I bynajmniej nie są one tworzone na rękę tym, którzy o owy kredyt się ubiegają. Być może wynika to z chęci zabezpieczenia się banków przed sytuacjami takimi jak ostatni kryzysowy okres. Być może też rynek pracy nie jest już na tyle stabilny by przyznać jakiejś osobie duży kredyt, gdyż może go ona po prostu nie spłacić.
Na chwilę obecną otrzymanie kredytu mieszkaniowego będzie jeszcze bardziej skomplikowane. Oprócz solidnego finansowego zabezpieczenia (przy kredycie w wysokości 250 tysięcy złotych osoba będzie musiała przedstawić zaświadczenie o dochodach w wysokości ponad 4 tysięcy złotych) niezbędne będzie posiadanie dodatkowego 20% wkładu własnego.
Taka zmiana przepisów szczególnie uderzy w ludzi młodych, którzy mimo dobrych zarobków mogą nie mieć takiej ilości zaoszczędzonej gotówki. W związku z tym najprawdopodobniej będą oni decydować się na zakup mniejszych, tańszych mieszkań, których obecnie na rynku jest spory deficyt.
Podatek nałożony na banki?
Kryzys gospodarczy nadszarpnął budżety wielu państw. Zagrożone kompletną plajtą amerykańskie banki posłużyły za ostrzeżenie przed pozostawieniem instytucji finansowych samych sobie. Zrodziła się sprzeczność. Z jednej strony banki i inne instytucje finansowe muszą działać jako niezależne podmioty w kapitalistycznej gospodarce, z drugiej rządy nie mogą dopiero w razie katastrofy danej firmy ponosić odpowiedzialności za straty przez nią spowodowane. Jak temu zaradzić?
W zamysłach przywódców Unii Europejskiej zbliża się czas, kiedy to na instytucje finansowe powinien być nałożony specjalny podatek będący swoistym zabezpieczeniem w razie kryzysu. I o ile pomysł ten może z początku wydawać się dobrym to po chwili zastanowienia rodzi wątpliwości. Bo po pierwsze, czy taka dodatkowa opłata nie podniesie znacząco, i tak drogich już, usług bankowych. I po drugie, co będzie działo się z w ten sposób zebranymi pieniędzmi jeśli rzekomy kryzys nie nastąpi przez dłuższy czas?
Kolejny kryzys?
Tym razem sprawa dotyczy Japonii. Wydawałoby się, że kraj ten świetnie prosperuje i nie jest zagrożony widmem kryzysu. A jednak. Dług publiczny Japonii stanowi obecnie dwukrotność jej PKB. Skąd taka sytuacja? Wszystko najprawdopodobniej spowodowane jest tym, że rząd w Tokio zaciągał przez ostatnie 20 lat pożyczki mające na celu powstrzymanie stagnacji gospodarczej i rozwój kraju. Były to naprawdę ogromne kwoty, których spłacenie na chwilę obecną jest niemożliwe. Czy w takim razie Japonię czeka podobny krach jaki spotkał np. Grecję?
Rząd w Tokio będzie oczywiście robił co w jego mocy by tak się nie stało. Jednak wprowadzenie oszczędności na dużą skalę może zadziałać nie jak środek zaradczy lecz wręcz przeciwnie. Gospodarka może popaść w stagnację, co jest tym bardziej prawdopodobne ze względu na panującą w chwili obecnej ogólną tendencję. Japonia stoi więc przed dużym wyzwaniem i trudnymi decyzjami, które zaważą o jej przyszłości.
Szanse rozwoju małych firm
Jak wynika z badań firmy Indicator dla wielu drobnych przedsiębiorców sukcesem na chwilę obecną jest, nie jak by mogła się wydawać podniesienie swoich dochodów, ale utrzymanie ich na poziomie z zeszłego roku. Czy więc szanse rozwoju małych firm są tak znikome, czy może przedsiębiorcy po prostu są bardzo ostrożni w swoich opiniach?
Wszystko zależy od branży. Zagrożone czują się firmy zajmujące się handlem i przetwórstwem przemysłowym. Optymistyczne nastroje panują natomiast wśród budowlańców czy hotelarzy.
Tylko co 17 szef firmy podał, że liczy na co najmniej 5% wzrost rocznych obrotów. Ponad połowa badanych nie spodziewa się podwyższenia dochodów, a tym samym nie przewiduje perspektyw rozwoju dla siebie.
Sytuacja ta jest oceniana bardzo różnie. Z jednej strony specjaliści twierdzą, że to dobrze, że obroty po okresie kryzysu nie spadną, z drugiej, że brak perspektyw jest jednak porażką.